Diabeł postawił na show-biznes

W skrócie wygląda to tak. Szatan wybiera sobie grupę ludzi, którzy dostają od niego zlecenie rozwalenia świata stworzonego przez Boga. Oni typują przyszłych profesorów, którzy mają skonstruować ideologie i przepchnąć je przez katedry światowych uniwersytetów. Następnie plan trzeba wdrożyć w życie. W grę wchodzi przekupienie polityków i urzędników, którzy przeforsują odpowiednie ustawy, oraz dziennikarzy i publicystów, którzy odpowiednio to opiszą. Na szarym końcu tego łańcucha jest wmówienie miliardom ludzi, że to, co szykują dla nich słudzy Lucyfera, jest właściwe. Wykonawcą tego zlecenia są ulubieńcy masowej publiczności: piękni, uśmiechnięci, bogaci i znani przez cały świat. Show-biznes, a wraz z nim aktorzy i aktorki, producenci filmowi, reżyserzy, muzycy, piosenkarze i piosenkarki oraz wszelkiej maści celebryci – to właśnie oni zamykają ostatni etap procesu prowadzącego wprost do upadku człowieka i naszej cywilizacji.


Przykładów degradacji świata za pomocą narzędzi, jakie daje popkultura, jest tak dużo, że mogłyby posłużyć setkom, jeśli nie tysiącom publikacji naukowych, a z pewnością i tak temat nie zostałby wyczerpany. Na łamach tego tekstu wymienię zatem jedynie dziesięć wybranych przykładów, które posłużą do unaocznienia skali problemu. Głównym motywem opisywanej przede mnie branży zdaje się zniszczenie tradycyjnych wartości. To destrukcyjne działanie idzie w parze z promowaniem hedonizmu jako najwyższego celu człowieka.

Tradycyjna rodzina jest passé

Mój zestaw TOP 10 otwiera komedia obyczajowa pt. „Wojna domowa” (2008), w reż. Stephana Elliotta. Rangę produkcji podkreśla zaangażowanie światowej sławy aktorów: Colin Firth, Kristin Scott Thomas i Jessica Biel. Akcja rozgrywa się w posiadłości brytyjskiej rodziny, szczycącej się wspaniałym rodowodem. Pewnego dnia w arystokratyczne kręgi niespodziewanie wkracza młoda i wyzwolona Amerykanka, którą dziedzic rodu poślubił podczas jednego ze swoich światowych wojaży. Osią fabuły jest konflikt między wyznającą tradycyjne wartości teściową a jej frywolną synową. Twórcy filmu poprowadzili opowieść w taki sposób, by przekonać odbiorcę, że wyznawane od wieków rodzinne wartości to przeżytek i… straszny obciach. W tym celu posłużono się sprawdzonymi już sztuczkami. Jedyna postać w filmie, która trzyma się zasad, została ukazana jako nieatrakcyjna, zimna, zgorzkniała i wredna jędza. Jej przeciwieństwem jest kobieta piękna, ciepła, dowcipna, błyskotliwa, inteligenta i wzbudzająca ogromną sympatię. Dzięki kilku sprytnym zabiegom – w tym humor i cięte riposty – zmanipulowany widz kibicuje tej drugiej. Zwieńczeniem postępków bohaterki wykreowanej na postać pozytywną jest odebranie męża innej kobiecie. Znudzona synowa postanawia bowiem porzucić młodego małżonka i uwolnić od purytańskiej rodziny swojego sympatycznego teścia, którego ostatecznie uwodzi. Jako para kochanków uciekają w siną dal, a „happy and” tej opowieści jest taki, że cała rodzina została rozbita. Perfidia twórców filmu polega na odwróceniu wartości w ten sposób, że wszystko to, co od zarania naszej cywilizacji było uznawane za nadrzędne zasady i wartości, zostało w sposób niezwykle przebiegły wyśmiane i zdeptane.

Oskar za homo-propagandę

Skuteczne dobijanie tradycyjnej rodziny nie mogło się odbyć bez tej produkcji. Mowa o filmie „Tajemnice Brokeback Mountain” (2005), którego reżyserii podjął się sam Ang Lee. Melodramat opowiada historię dwóch mężczyzn, których według opisu dystrybutora: „połączyła nierozerwalna więź, dowodząca wiecznej siły miłości”. W recenzji na łamach portalu filmweb.pl Marcin Kamiński pisze: «Niezależnie bowiem od płci głównych bohaterów „Tajemnica Brokeback Mountain” jest piękną i poruszającą historią o najpiękniejszym uczuciu – miłości.» Sęk w tym, że – niezależnie od płci głównych bohaterów – o miłości nie ma tutaj mowy. Wykażę to – niezależnie od moich poglądów – na podstawie jednego miażdżącego przykładu.

Najpierw jednak krótkie wprowadzenie do fabuły. Ennis i Jack poznają się w trakcie poszukiwania zatrudnienia. Nowy pracodawca wysyła ich w góry, gdzie mają pilnować wielkiego stada owiec. Mimo że na jednego z nich czeka narzeczona, panowie zaczynają mieć się ku sobie i nawiązują romans. Igraszki kończą się wraz ze schyłkiem lata, kiedy po odpracowanej robocie wracają do swoich domów. Wspólne przeżycia kochankowie postanawiają zachować w tajemnicy. Żenią się, na świat przychodzą ich dzieci. Po czterech latach, kiedy obaj mają już rodziny, spotykają się ponownie. Od tej pory regularnie będą okłamywać swoje żony, by pod pretekstem łowienia ryb wyjeżdżać w góry w celu spędzenia ze sobą czasu. Potajemny romans dwóch homoseksualistów trwa 20 lat. Twórcy filmu poprowadzili fabułę w taki sposób, by wymusić na widzu współczucie wobec głównych bohaterów, którzy nie mogą zrealizować sowich pragnień o byciu razem na zawsze. Ukazana „dramaturgia”, która rozgrywa się na tle pięknych krajobrazów Ameryki, połączona z pustymi – ale chwytającymi masową publiczność – frazesami, ma przekonać odbiorcę, że oto na ekranie ukazane jest prawdziwe i głębokie uczucie, ale okrutny świat nie chce tego zaakceptować. Tymczasem pod płaszczykiem tej łzawej opowiastki kryje się wyrachowany egoizm, zdrada i promocja dewiacyjnych zachowań. Wymowny tego wyraz przychodzi z chwilą, gdy sielankowe schadzki filmowych bohaterów mają odbywać się coraz rzadziej. Złożyły się na to problemy rodzinne i zawodowe Ennisa. Jack oświadcza wtedy, że „coraz bardziej wkurza go ta sytuacja”. Oburzenie dotyczy to między innymi tego, że jego kochanek na wspólne wypady „nie przylatuje już jak na skrzydłach”. W trakcie kłótni pada sporo gorzkich słów, z których dowiadujemy się, że Jack, aby zaspokoić homoseksualne popędy, wyjechał w poszukiwaniu seksualnych przygód do Meksyku (akcja filmu osadzona jest w czasach, kiedy społeczeństwo amerykańskie było konserwatywne). Ennis odgraża się, że go za to zabije. Jack „usprawiedliwia” zdradę tym, że jest mu „ciężko”, bo zbyt rzadko dostaje to, czego „potrzebuje”, gdyż „parę numerków dwa razy w roku to dla niego za mało”.

Zdrada wynikająca z potrzeby zaspokajania fizycznych potrzeb jest niezbitym dowodem na to, że o żadnej miłości w tym filmie mowy być nie może. Nie przeszkodziło to jednak w obsypaniu twórców filmu licznymi nagrodami i nominacjami. Ang Lee otrzymał za reżyserię Oskara (nagroda przyznawana przez Amerykańską Akademię Sztuki i Wiedzy Filmowej) i Złoty Glob (przyznany przez Hollywoodzkie Stowarzyszenie Prasy Zagranicznej). Nominacja do Oskara powędrowała aż w ośmiu kategoriach, w tym dla najlepszego scenariusza adaptowanego (przyznanie nagrody) i najlepszego filmu. Z kolei jury Złotych Globów przyznało siedem nominacji i cztery nagrody, w tym dla najlepszego dramatu, najlepszego reżysera i najlepszego scenariusza. Hojne osypanie nagrodami okazało się niezwykle pomocne w wypromowaniu tego dewiacyjnego obrazu na całym świecie, a film stał się symbolem walki o tzw. równouprawnienie.

Aborcja na życzenie

Kolejny film z mojego zestawienia jest bardzo na czasie dla polskiego odbiorcy. W Stanach Zjednoczonych spełnił już swoją rolę. Chodzi o obraz „ Gdyby ściany mogły mówić” (1996) w reżyserskim duecie Nancy Savoca i słynnej piosenkarki Cher. Obok światowej sławy aktorek Sissy Spacek i Demi Moore, Cher zagrała także jedną z głównych ról. Według opisu dystrybutora widz obejrzy: „Trzy nowele rozgrywające się w latach 1952, 1974, 1996 traktujące o problemie aborcji. W filmie zostały pokazane historie trzech kobiet, kobiet żyjących w różnych czasach w innych warunkach, ale kobiet, które mają ten sam problem – każda z nich rozważa aborcję”. W rzeczywistości mamy nachalną promocję legalizacji prawa do zabijania nienarodzonych dzieci na życzenie.

Film rozpoczyna się od przebitek z pikiety pod Białym Domem w Waszyngtonie, podczas której padają znamienne słowa: „Mamy siłę. Mamy wizerunek. Mamy wiedzę”; „Pro-life jest w natarciu. Wojna będzie trwała aż do końca”. Pojawia się także okrzyk, który dobrze znamy z niedawnych manifestacji w Polsce: „Nie kościół! Nie państwo! Kobiety muszą decydować o swoim losie!”. Dla kontrastu mamy też obrońców życia, w tym pomarszczoną staruszkę z różańcem w ręku. Jest też i głos rozsądku, kiedy młoda aktywistka pyta z mównicy: „A co z prawami dziecka?” Tak wygląda wprowadzenie do fabuły. Dalej jest tylko gorzej. 

Rok 1952 – aborcja w Stanach Zjednoczonych jest zakazana. Bohaterką tego segmentu jest pielęgniarka Claire, młoda wdowa po żołnierzu amerykańskiej armii. Okazuje się, że jest ona w ciąży z… bratem zmarłego męża. Poczęli dziecko, kiedy wspólnie opłakiwali stratę bliskiej osoby. Claire nie chce urodzić dziecka, ponieważ… obawia się reakcji teściów, bratowej i mieszkańców miasteczka. Prosi więc swojego szefa, aby ten przepisał jej farmaceutyk na poronienie. Lekarz stanowczo odmawia. W zamian proponuje, że skontaktuje kobietę z ośrodkiem, który jej pomoże, a także uruchomi procedurę adopcji dziecka. Ta jednak nie chce dać dziecku szansy. Postanawia przerwać ciążę „na swój sposób”. Najpierw łyka jakieś leki z domowej apteczki, ale dziecko nie daje za wygraną. Zażyte środki powodują u kobiety wymioty. Szuka więc innych „rozwiązań”. Znajoma poleca jej kogoś, kto mógłby „to” zrobić „bezpiecznie”. Jednak „zabieg” za 1000 dolarów okazuje się dla Claire zbyt kosztowny. Postanawia więc rozprawić się z niechcianą ciążą za pomocą długiego drutu, który włada sobie do narządów rodnych. Jednak i ta brutalna metoda okazała się nieskuteczna. W końcu ktoś poleca jej „specjalistę”, który pozbędzie się „kłopotu” za „jedyne” 400 dolarów. Zabójstwo dziecka dokonało się w domu Claire, na kuchennym stole. Opowieść kończy się, gdy zakrwawiona kobieta, u której wdała się infekcja, usiłuje wezwać pomoc. Perfidia twórców filmu polega na tym, że zmiażdżyli oni obowiązujące wówczas w USA antyaborcyjne prawo. W ich przekazie zakaz aborcji „zmusił” główną bohaterkę do „dramatycznych wyborów”, które w konsekwencji okaleczyły jej ciało.

Następna sekwencja dzieje się w tym samym domu 22 lata później. Akcja przypada na czasy po rewolucji seksualnej lat 60., kiedy aborcja w Stanach jest już dostępna na życzenie. Barbara, mężatka i matka czwórki dorastających dzieci dowiaduje się, że jest w ciąży. Zapłakana kobieta zwierza się przyjaciółce. Z rozmowy wynika, że owa przyjaciółka miała już kiedyś aborcję. Barbara pyta jej, czy żałuje. W odpowiedzi usłyszała: „Nie, naprawdę nie. Znajomi mówili, że będę w depresji i będę czuła się winna. Szczerze – poczułam ulgę” – wyznała koleżance zabójczyni swojego dziecka. Kilka chwil później ukazana jest rozmowa Barbary z jej córką, która domyśliła się, że matka jest w ciąży. Nastolatka mówi wprost: „Wiesz, mamo, że możesz wybrać którąkolwiek z dobrych klinik. To twoje prawo”. W kolejnych scenach widz dowiaduje się, że urodzenie dziecka z nieplanowanej ciąży przyniesie rodzinie wiele dodatkowych problemów i zmartwień. W międzyczasie Barbara pogłębia swoją wiedzę na temat możliwości dokonania aborcji, która była powszechnie dostępna i legalna. Kobieta ostatecznie decyduje, że jednak urodzi dziecko. Na czym więc polega przebiegłość twórców filmu reżyserujących ten fragment opowieści? Za pomocą rozmaitych chwytów usiłowano wmówić widzowi, że „wywalczone” w Ameryce prawo aborcyjne jest bardzo dobre, ponieważ pozostawia kobiecie pełną „wolność” w dokonaniu „wyboru”.

Na koniec przenosimy się do 1996 roku. Akcja znowu dzieje się w tym samym domu. Tym razem zamieszkują w nim dwie studentki. Jedna z nich, Christine zachodzi w ciążę ze swoim wykładowcą. Żonaty profesor wręcza dziewczynie pieniądze na „zabieg”. Przed kliniką aborcyjną natrafia ona na członków organizacji prof-life. Próbują oni wpłynąć na decyzję zdesperowanej kobiety, która ostatecznie zaczyna się wahać. W gabinecie lekarskim wyjawiła swoje obawy. Pyta ginekologa czy to prawda, że „zabieg” będzie bolesny dla dziecka. W odpowiedzi usłyszała, że „ból nie jest odczuwany przy pierwszym trymestrze ciąży”. Tego dnia Christine nie zdecydowała się na aborcję. Nazajutrz wróciła jednak do kliniki. Przed budynkiem pikieta obrońców życia była znacznie większa. Zostali oni ukazani jako tłum agresywnych oszołomów. Przedziera się przez niego ginekolog wyspecjalizowana w dokonywaniu aborcji, dr Beth Thompson – grana przez samą Cher. Zanim dotrze do budynku usłyszy od pikietujących pełno wyzwisk. Po chwili dowiadujemy się, że w środowisku aborcyjnym jest ona bardzo ceniona i szanowana. Tego dnia Christine zostaje jej pacjentką. W „zabiegowym” gabinecie kobiety ucinają sobie pogawędkę. Leżąca na ginekologicznym fotelu w oczekiwaniu na „skrobankę” dziewczyna pyta:

   – Po tym wszystkim z czym musisz się tu zmagać [pikiety przed kliniką, przy. AP], czemu to nadal robisz?
  – Bo pamiętam, kiedy nielegalne było podejmowanie przez kobiety tej decyzji. Nie chcę być świadkiem powrotu tych dni. A kiedy kobiety przychodzą i mówią mi, że nie wiedzą co by zrobiły bez mojej pomocy, wiem, że robię to, co należy – odpowiedziała jej dr Thompson.

Po krótkiej rozmowie, przychodzi czas na „zabieg”. Cały proceder odbywa się w czystym gabinecie, w sterylnych warunkach i „przyjaznej” atmosferze. Gdy jest już „po wszystkim”, „sielankowy” obraz zakłóca członek organizacji pro-life, który siłą wdziera się do gabinetu. Mężczyzna – ukazany w filmie jako pełen obłędu szaleniec – wyciąga broń i z okrzykiem „morderca” strzela do dr Thompson zadając jej śmiertelne rany.

Ktoś może zapytać – po co w 1996 roku Amerykanie produkują film z gwiazdorską obsadą, skoro od 1973 roku aborcja w USA jest legalna w nieograniczonym zakresie, a płód nie jest osobą w rozumieniu XIV poprawki do Konstytucji? Odpowiedź jest prosta. W Stanach Zjednoczonych jest bardzo dużo prężnie działających ruchów antyaborcyjnych. Film „Gdyby ściany mogły mówić” miał za zadanie zdeprecjonować w opinii publicznej słuszność działalności obrońców życia.

Nowe bóstwo dla świata

W moim zestawieniu nie mogło zabraknąć ikony popkultury. Po wpisaniu w google hasła «boginie ekranu», wyskakuje na pierwszej pozycji. Na Wikipedii towarzyszy jej opis: „legenda światowego kina oraz seksbomba lat 50. i 60. XX w.” Mowa o Marilyn Monroe, budzącej zachwyt milionów fanów nawet kilkadziesiąt lat po śmierci. Czy ładna twarz i zgrabna figura wystarczyły, by uczynić z niej gwiazdę wszech czasów? Czyż nie było innych, równie pięknych, a może nawet bardziej utalentowanych kobiet? Oczywiście, że były, jednak światu trzeba było dać postać tragiczną i upadłą. Marlin nadawała się do tego idealnie.

Naprawdę nazywała się Norma Jeane Mortenson. Według oficjalnych informacji nie wiadomo kto był jej biologicznym ojcem. Matka małej Normy z ciężką schizofrenią paranoidalną ląduje w zakładzie psychiatrycznym. W tym samym miejscu wcześniej przebywała jej babka. Przyszła gwiazda tuła się po wielu rodzinach zastępczych. W trakcie dorastania nie doświadczyła żadnej stabilności, ani rodzinnego ciepła. Pierwszy raz wychodzi za mąż jeszcze jako nastolatka. Potem szybki rozwód i pęd do kariery. Zaczyna od rozbieranych sesji zdjęciowych. Dziewczyna była na tyle fotograficzna, że kamera pokochała ją od pierwszego wejrzenia. Tak narodziła się największa sława światowego kina. Z filmów dokumentalnych poświęconych aktorce dowiadujemy się, że jej pełne hollywoodzkiego blasku życie – które śledził cały świat – było przepełnione lękami, próbami samobójczymi, licznymi psychoterapiami i uzależnieniem od leków. Na to wszystko składało się poczucie niskiej samooceny i przejmująca samotność. Kobieta stała się towarem dla otaczających ją ludzi. Towarem, który miał przynosić potężne zyski. I przynosił. A kiedy na „przeszkodzie” do robienia pieniędzy stawały kolejne ciąże będące owocem licznych romansów wielkiej gwiazdy, dzieci Marylin kończyły swoje życie głównie za drzwiami gabinetów aborcjonistów, choć były też i poronienia. Z okaleczonej do granic możliwości przez otaczający ją świat kobiety uczyniono „nowe bóstwo”, które po zmieszaniu psychotropów z alkoholem w wieku 36 lat umiera.

Wstrząsający przykład tego, jak postać Monroe posłużyła współczesnym ideologom, przytacza dr Aldona Ciborowska w artykule pt.„Oko Judasza” [Nasz Dziennik]. Publicystka zauważa: „I to, co perwersyjne – „zraniona niewinność” Marylin Monroe zainspirowało Almodovara [hiszpański reżyser, przyp. AP] – jak pisze – do stworzenia sceny w „Prawie pożądania” (1986), w której przedstawił ołtarz dedykowany Marylin: „Jej wizerunek umieszczony był nad ołtarzem, a wszystkie stopnie prowadzące do chóru były wykonane z książek, przykrytych innymi jej zdjęciami. Wszystkie obrazy świętych, mężczyzn i kobiet, na ołtarzu były fotosami Marylin, oświetlonymi małymi świeczkami”. To „wyniesienie” Marylin na świecki ołtarz jest wskazaniem na „centrum” nowego kultu – tj. tego wszystkiego, co wniósł ze sobą symbol – Marylin, bo to właśnie obnażona intymność – ta najsubtelniejsza ze sfer prywatności stała się tematem, wokół którego „rozgrywa się” wyrafinowana strategia rewolucji neomarksistowskiej. Oznacza to, że „materią” rewolucyjnej „obróbki” jest relacja każdego człowieka do własnej i cudzej sfery intymności – psychologicznej, moralnej i fizycznej. Mówienie o sprawach intymnych publicznie stało się codziennością, podobnie jak wypytywanie i pokazywanie intymności. Handlowanie intymnością wyszło z ciemnych zaułków miast i na równi z czekoladką ferrero rocher stało się towarem. (…).

Król seriali

Skradł rekordową widownię na dziesięciolecia. Mowa o Aaronie Spellingu, potomku żydowskich emigrantów z Polski. Ten jeden z największych producentów w historii telewizji amerykańskiej był pomysłodawcą znanych na całym świecie seriali. Najpopularniejsze z nich to „Dynastia” i „Beverly Hills 90210”.  

Pierwszy „tasiemiec” opowiada losy dwóch skłóconych ze sobą rodzin magnatów naftowych. „Dynastię” zrealizowano w latach 80. XX wieku. Fabuła kręci się wokół rywalizacji o władzę i pieniądze, intryg, seksu i zdrad. W czym tkwi fenomen tej fikcyjnej opowieści, że życie serialowych bohaterów śledziły miliony? Mamy przecież do czynienia z postaciami do szpiku kości zepsutymi, obdartymi z moralności i zasad. Mimo to – a może właśnie dlatego? – widz z wypiekami na twarzy wpatrywał się w ich rozpadające małżeństwa i upadki. Czy to naprawdę takie pociągające? Niestety tak. Ten serial udowadnia, jaką siłę uwodzenia ma zło. Zło, które uzależnia na lata, bo kolejne odcinki tej wysokobudżetowej produkcji kręcono przez dekadę. Serial stał się fenomenem na skalę światową, a występujący w nim aktorzy zostali ikonami lat 80. A wystarczyło pokazać „szarej masie” niedostępne dla przeciętnego człowieka życie ociekające bogactwem i przepychem, którego słynnym symbolem stał się szampan z kawiorem na śniadanie.

W raz z nastaniem lat 90. Spelling wprowadza nas do kolejnego grona „pięknych i bogatych”. Tym razem koncertuje się na dorastającej młodzieży z serialu „Beverly Hills 90210”. Fabuła przestawia perypetie licealistów (a w późniejszych latach studentów) zamieszkujących najbogatszą dzielnicę Los Angeles. Producent pozornie spuścił z tonu, bo intryg już mniej, a główne postacie jakby sympatyczniejsze. Serial szybko zyskał miano kultowego. Jakież to problemy – obok szkoły, modnych ciuchów, imprez i nałogów – mieli dorastający nastolatkowie mieszkający w pięknych willach? Oczywiście miłosne, co normalne w tym wieku. Szkoda tylko, że w tym kontekście twórcy serialu za „normalne” uznali, że w sprawach uczuć wszystko musi kręcić się wokół seksu. Właśnie taki przekaz powędrował do młodzieży na całym świecie. A jak przekabacić nastoletnich widzów na swoją modłę? Z racji młodego (podatnego) wieku odbiorców nie było to trudne. Wystarczyło, że główni bohaterowie – którzy w okresie dziesięcioletniej emisji serialu stali się idolami – byli atrakcyjni, dobrze ubrani i jeździli wypasionymi autami.

Rodzinka z piekła rodem

Ta historia jest bardzo pokręcona, ale jakoś spróbuję ją przedstawić. Była sobie młoda Amerykanka, która zapragnęła międzynarodowej sławy. Nie miała jednak żadnych talentów. Zakolegowała się więc z Paris Hilton, dziedziczką fortuny hotelowych potentatów, znaną z wywoływania skandali obyczajowych. Kobieta chciała być jak ona. Dzięki wpływowej koleżance zyskała umiarkowaną uwagę mediów, ale to jej nie wystarczało. Nagrała więc porno taśmę, na której uprawiała seks z piosenkarzem Ray J. Następnie film wypuściła do internetu. W ten sposób, w 2007 roku rozpoczął się pęd do kariery Kim Kardashian, najsłynniejszej dziś na świecie celebrytki. 

Przykład jej popularności dobitnie ukazuje jak nisko upadły moralne zachodniej cywilizacji, w której jest powszechna akceptacja na tego typu publiczną dewiację. Razem z kobietą sławę zyskała cała jej liczna rodzina. Kilka miesięcy po „wycieku” porno wideo – Kim, wraz z dwiema siostrami, bratem, dwiema przyrodnimi siostrami, matką i swoim ojczymem zaczęła występować w reality show „Z kamerą u Kardashianów”, nadawanym na antenie stacji E!. Od prawie dekady losy pokręconej rodzinki śledzą media na całym świecie i miliony fanów. W międzyczasie Kim pozowała nago dla wielu magazynów, wystąpiła w amerykańskim „Tańcu z gwiazdami”, zaangażowała się w liczne kampanie na rzecz równouprawnienia społeczności LGBT, została jurorką programów rozrywkowych, producentką, bizneswomen, współautorką autobiografii rodziny Kardashianów, wystąpiła w kilku popularnych amerykańskich serialach, wyszła za mąż sprzedając ślub mediom, a po 72 dniach rozwiodła się sprzedając rozwód mediom. Potem wyszła za mąż po raz kolejny, urodziła dwójkę dzieci, które jeszcze w okresie ciążowym były drogo opłacanym w show-biznesie towarem. W międzyczasie znalazła się na okładce modowego (prestiżowego?) magazynu Vogue i będąc już mężatką poszła z obcym mężczyzną na bal do Opery Wiedeńskiej, kasując za płatną randkę pół miliona dolarów.

Skandalistka ze swoimi wielbicielami komunikuje się za pomocą rozmaitych portali społecznościowych, zalewając sieć wyuzdanymi zdjęciami, na których chwali się na przemian swoim nagim ciałem i drogimi ubraniami, ogromnym majątkiem, życiem rodzinnym z jego najintymniejszymi sferami. Tylko na Instagramie każdego dnia Kim Kardashian obserwuje obecnie 85 milionów ludzi! Z taką popularnością kobieta tylko na samych reklamach zarabia fortunę. Ale Kim jedynie otwiera listę celebrytów z sagi Kardashianów. Obecny mąż Kayne West, słynny amerykański raper, wokalista i producent muzyczny z dumną wyraża się o porno-fotkach swojej żony. Przyrodnie siostry – które jeszcze jako nastolatki przeszły serię zabiegów chirurgicznych poprawiających urodę – zostały sławnymi modelkami reklamującymi światowe marki. Pozostałe rodzeństwo pieczołowicie dba o wypuszczanie na świat kolejnych skandali obyczajowych. Matka czuwa nad rodzinnym biznesem, a ojczym, a właściwie „macocha” kilka lat temu przeszedł szeroko komentowaną przez światowe media operację zmiany płci.

Brangelina

To najsłynniejsza aktorska para show-biznesu ostatnich dziesięcioleci, w której prym wiedzie femme fatale. Angelina Jolie i Brad Pitt – bo o nich mowa – zanim w 2014 roku zostali małżeństwem, od 2005 roku żyli na kocią łapę. W międzyczasie zaadoptowali gromadkę dzieci i doczekali się też własnego potomstwa. A wszystko zaczęło się od tego, że Angelina odebrała Brada innej kobiecie. Zanim rozbiła małżeństwo Pitta, miała za sobą liczne romanse (w tym z kobietami) i dwa małżeństwa zakończone rozwodem. Sama pochodzi z rozbitej aktorskiej rodziny. W wywiadach nie kryła swojego buntu z okresu dorastania. Przyznała, że w młodości kolekcjonowała noże i rytualnie się okaleczała. Wielką aktorką nie była chyba nigdy, czego symbolicznym potwierdzeniem jest aż siedem nominacji do Złotej Maliny, amerykańskiej anty-nagrody dla najgorszego aktora. Zapytana w 2000 roku czy istnieje Bóg, powiedziała: „Wydaje mi się, że istnieje dla ludzi, którzy w Niego wierzą. Ja natomiast Go nie potrzebuję”.

Znakiem rozpoznawczym Angeliny są jej duże usta, które trafiły na listę najseksowniejszych rzeczy na świecie, przygotowaną przez magazyn dla mężczyzn FHM. Usta Jolie wytyczyły nowe światowe trendy, dzięki czemu chirurgia plastyczna rozwija się na całego. Szczyt popularności Angeliny przypadł na lata kiedy związała się właśnie z Bradem. W 2006 roku badania marketingowe firmy ACNielsen, przeprowadzone w 42 państwach, wykazały, że Jolie i Pitt są w opinii przedsiębiorstw z całego świata najbardziej pożądanymi promotorami ich marek i produktów. Jolie w latach 2006 i 2008 znalazła się na liście stu najbardziej wpływowych ludzi świata według magazynu „Time”.

W blasku fleszy, pod baczną obserwacją mediów i w atmosferze skandalu… para właśnie się rozwodzi.

Szatańska nuta

Czas przenieść się na inny kontynent. Tym razem do Niemiec, ale głównym bohaterem będzie Polak. Nie będę jednak szczegółowo opisywać całej historii. Bardziej zależy mi na tym, aby zachęcić Czytelników do wyszukania na własną rękę ogólnie dostępnego w internecie nagrania. Znaleźć je można pod hasłem: «świadectwo Dokowicza». O czym jest to niezwykle cenne zwierzenie? Lech Dokowicz − polski reżyser, scenarzysta, producent filmowy i dokumentalista – w latach 80. wyjechał do Monachium. U naszych zachodnich sąsiadów udało mu się zrobić zawrotną karierę jako operator i producent filmowy współtworzący niemiecką scenę techno.

Mężczyzna z czasem zaczął odkrywać związki elity środowiska z praktykami okultystycznymi i satanistycznymi. W swoich wspomnieniach napisał: „(…) 30 kwietnia 1996 roku pojechałem na największą imprezę na świecie, która nazywa się May Day. Odbywa się ona w nocy z 30 kwietnia na 1 maja, kiedy to według starogermańskich wierzeń bogini miłości łączy się z bogiem wojny; z połączenia seksu i przemocy powstaje perwersja. Tej nocy 20 tysięcy młodych ludzi tańczy w największej hali Dortmundu – Westfalii. Tam też odbywa się praca ludzi, którzy potrafią przejąć działanie tej sceny w najbardziej doskonały sposób. Kiedy tam przyjechałem, Peter [jeden z ideologów techno] powiedział, że tej nocy mam szczególnie uważać, bo to, co będzie pokazywał na ekranach, jest jednocześnie informacją dla mnie – nadszedł bowiem czas, by powiedzieć, kim są, co robią i dlaczego. O godz. 1 w nocy zmienił się skład prowadzących – przy laserach, światłach, wideo i muzyce zasiadł tak zwany pierwszy garnitur. Rozpoczęła się właściwa praca, a kiedy kamery stacji telewizyjnych opuściły halę, światła przyciemniono i Peter rozpoczął podawanie zapowiedzianych obrazów. Były one straszne, przedstawiały walkę w świecie, która miała doprowadzić do potężnej wojny atomowej i do zniszczenia ludzkości. Przedstawiały też ludzi ze sceny techno przejmujących panowanie nad tymi, którzy nie należą do tych struktur. Obrazy te były nieczytelne dla odbiorców z zewnątrz, ale ja je rozumiałem – ze względu na jasną dla mnie symbolikę. Za każdym razem gdy zrozumiałem jakiś obraz, patrzyłem na Petera i kiwałem głową, żeby szedł dalej z informacjami. A tymczasem impreza szalała, tysiące watów było pompowanych do hali przez elektronikę, olbrzymie ściany głośnikowe i światła. Nad samym centrum hali wisiała konstrukcja w kształcie krzyża ze świateł, które można było zmieniać na dowolny kolor. Wszystko to było zawieszone na łańcuchach, którymi można było poruszać, tak że szastano tym krzyżem nad tancerzami, a dodatkowo projektowano na niego laserami różne figury graficzne. W pewnym momencie prezentowane symbole stały się jeszcze bardziej czytelne – i wówczas to z zupełną jasnością zrozumiałem, co się dzieje i z kim naprawdę mam do czynienia. Zrozumiałem, że ci ludzie, z Peterem na czele, to sataniści, którzy prowadzą młodzież całego świata na zatracenie (…)”.

Nie ważne jak mówią, byle by mówili

Obserwując zamieszanie wokół życia popularnych osób zrozumiałam jedno – w dzisiejszych czasach dobre imię nie ma już żadnego znaczenia. Napędzające show-biznes czasopisma i serwisy plotkarskie nie zwracają uwagi na osoby, które mają przykładne życie rodzinne i przyzwoicie się prowadzą. A przecież nie wszyscy artyści mają na koncie rozwody, romanse, nałogi, skandale czy rozbierane sesje zdjęciowe. Jednak najczęściej słyszymy nie o tych, którzy są artystycznie uzdolnieni, ale o tych, którzy najniżej upadli. I, o zgrozo, to kariery właśnie tych drugich nabierają największego rozpędu.

Przeglądam stronę najbardziej opiniotwórczego portalu w Polsce (nie, nie jest to żadne polityczne medium) i ukazuje mi się cała gama kolorowych fotografii i pikantnych newsów. Na serwis Pudelek.pl – bo o nim mowa – zaglądają miliony Polaków. Znajdują w nim treści dotyczące intymnego życia popularnych osób, czyli tzw. celebrytów, wśród których coraz częściej są także dziennikarze i politycy. W skrócie, serwowane wiadomości wyglądają tak:
– „Amber Rose: Masturbacja to mój sekret na lśniącą cerę. Niestety, nie mogę tego robić codziennie. Nie mam czasu – żali się była kochanka Kanye Westa.”;
– „Radek Pestka pokazał na Snapchacie penisa! 19-latek dostał się do show biznesu jako zwycięzca ostatniej edycji Top Model”;
– „Joanna Krupa zaczynała w erotycznych filmach dla fetyszystów! Wcieliła się w postać Przełożonej Reginy, która torturuje swoje seksowne podopieczne”;
– „Kuba Wojewódzki oskarżył swoich krytyków o to, że są biedni, mają kompleksy i zazdroszczą mu ’20-letnich panien’ i 'kilometrowego apartamentu’.”
– „Mama Dody broni penisa w jej ustach. Tłumaczy, że jej córka wzięła penisa [sztucznego] do ust, bo… nie chciała sprawić przykrości fanowi”;
– „Tomasz Karolak nago na rozdaniu 'Węży’… Pojawił się na scenie tylko z dwiema poduszkami, którymi zasłonił krocze”;
– Miley Cyrus liże statuetkę na ściance… Została uhonorowana nagrodą Variety’s Power Of Women za walkę na rzecz praw osób LGBT;
– „Charlie Sheen ma HIV i… płaci za seks gwiazdom porno?! Po 30 tysięcy dolarów za noc!”.
     

Trzeba też dodać, że redaktorzy portalu Pudelek.pl dają również „szansę” na zaistnienie nowym, zupełnie wcześniej nieznanym „osobistościom”. Wystarczy, że zrobią coś – co w ich mniemaniu – jest „wyjątkowe” i „godne uwagi”. Oto przykłady tytułów i zajawek dwóch takich historii:
– „Malujący się 17-latek został twarzą kosmetyków! Ma pół miliona fanów… James Charles uczy kobiety i mężczyzn, jak się malować”;
– „Dwie nastolatki chwalą się, że uprawiały grupowy seks z raperami z Rae Sremmurd! – Z tym się jebał*m, a temu ciągnęłam. Zaj*biście mnie wyruch*li. Gdy po paru upojnych godzinach wyszłyśmy z autokaru ludzie bili nam brawo. Ja jestem z siebie dumna – opowiada jedna z nich”.

 Skazany na bojkot

Wydawałoby się, że ten film spełnił najważniejsze kryteria potrzebne do osiągnięcia międzynarodowego sukcesu i zagarnięcia najbardziej liczących nagród. Gwiazdorska obsada z Hollywood – Andy Garcia, Eva Longoria i Peter O’Toole. Potężna inwersyjna finansowa – najdroższa produkcja filmowa w historii meksykańskiego kina. Trzymająca w napięciu fabuła – oparta na prawdziwych wydarzeniach – wciągająca widza od pierwszych chwil. Przepiękne zdjęcia, porywająca muzyka, zachwycające rozmachem sceny batalistyczne. Dlaczego więc arcydzieło w reż. Deana Wrighta zbojkotowano niemal na całym świecie? Co stało na przeszkodzie dystrybutorom, że kolejno uchylali się od promowania tej wielkiej produkcji? Odpowiedź jest banalnie prosta. Meksykański producent Pablo Jose Barroso zrealizował film, który nie spodobał się środowiskom walczącym z Bogiem i Kościołem katolickim. Skąd ten brak akceptacji? „Christiada” przedstawia losy prześladowanych chrześcijan, którzy na początku XX wieku przeciwstawili się tyranii lewicowej władzy, reprezentowanej przez rządzących Meksykiem masonów i socjalistów. Przeciwko restrykcyjnemu, antykatolickiemu prawu oraz krwawym rządom występują heroiczni „cristeros”, czyli chrystusowcy. Film obnaża przerażające oblicze lewicowej rewolucji. Rewolucji, która pod różnymi postaciami cały czas się dokonuje w wielu krajach na świecie. Także tych państwach, które współtworzyły cywilizację łacińską.

Ktoś może powiedzieć, że doszukuję się teorii spiskowych. Jednak fakty przemawiają wyraźnie. Żadnego z powyższych przykładów nie wymyśliłam. Dzięki sprawnemu wyszukaniu powszechnie dostępnych informacji, każdy z Was może sprawdzić i przeanalizować, że to co wyżej opisałam dzieje się naprawdę.

Agnieszka Piwar

Artykuł ukazał się w kwartalniku Opcja na Prawo, Nr 4/145 (października 2016 r.).

Podobne wpisy

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *