Żyd z Charkowa, który trzęsie polską polityką
Ta postać, niczym soczewka, skupia szyderstwo, jakie zafundowano Polsce. Na jego przykładzie widzimy, że żydowskie pochodzenie i wychowanie w kulcie komunizmu to szczególnie istotne atuty, by zaistnieć w kręgach „prawdziwych polskich patriotów”. Jest on wręcz emanacją bagna, w jakie wciągnięto naród polski.
Józef Orzeł – bo o nim mowa – to klasyczny przykład szarej eminencji. Nigdy nie był członkiem rządu, nie prezesuje żadnej partii politycznej, nie bryluje w mediach. Podejrzewam, że znaczna część moich Czytelników nie wie nawet o jego istnieniu. Najwyższy czas to zmienić, gdyż śmiem przypuszczać, że to właśnie on ma w Polsce więcej do gadania, niż politycy których wszyscy kojarzymy.
Urodził się 26 lutego 1946 roku w Charkowie, w Ukraińskiej SRR. W autobiografii „Orle gniazdo” (nie czytałam, zajrzałam do bryku) Józef Orzeł kreuje się na człowieka, który przeszedł niezwykłą drogę: z rodziny żydowsko-komunistycznej, przez doświadczenie PRL i Solidarności, odrzucenie komunizmu, zaangażowanie po prawej stronie sceny politycznej, relacje z Jarosławem Kaczyńskim, późne nawrócenie na katolicyzm.
Uważam, że jest to człowiek niebezpieczny. Nie będzie to jednak publikacja w gatunku tzw. dziennikarstwa śledczego, gdyż nigdy nie weszłam w układ z żadnym „smutnym panem”, który miałby zlecać mi pisanie artykułów i podsuwać dokumenty czy inne „dowody”, jak to ma miejsce w przypadku „dziennikarzy” uważających się za „śledczych”.
Swój artykuł oprę na dedukcji i własnej obserwacji, bo tak się składa, że kilka lat temu poznałam Józefa Orła osobiście. Nie liczcie jednak na ujawnienie jakichś chwytliwych sensacji z działu tajne przez poufne. To co odkryłam nie jest jakoś szczególnie zakryte, ale Polacy nie chcą tego widzieć, bo prawda jest bardzo nieprzyjemna.
DZIEL I RZĄDŹ!
Był 2010 rok, a ja byłam nieopierzoną dziennikarką, której jeszcze nikt nie kojarzył. Pewnego dnia znajomy dziennikarz, mający znacznie większe doświadczenie ode mnie, przyprowadził mnie do Klubu Ronina. W tamtym czasie można było tam wejść jedynie za sprawą osoby, która już tam bywała i mogła kogoś wprowadzić. Sprawiało to wrażenie jakiegoś tajemnego kręgu, dostępnego tylko dla wybranych.
Spotkania odbywały się wówczas w Bookhouse Cafe przy ulicy Świętokrzyskiej w Warszawie. Przy drzwiach wejściowych czuwał sam Józef Orzeł – współzałożyciel Klubu Ronina obok Rafała Ziemkiewicza. Orzeł pełnił funkcję nie tylko gospodarza, ale także odhaczał przybyłych klubowiczów na liście obecności.
Przychodziły tam osoby o bardzo znanych nazwiskach, także z pierwszych stron gazet, a nawet szefowie tych gazet. Lokal był wypełniony po brzegi popularnymi facjatami. Byłam więc zaskoczona, że na ich tle Orzeł od razu mnie zapamiętał, czemu dawał wyraz, witając mnie po imieniu. Miałam wręcz poczucie, że bacznie, choć dyskretnie, mi się przyglądał, a może nawet robił rozeznanie.
Szybko zorientowałam się, że Józef Orzeł musi być kimś ważnym, skoro na jego spotkania przychodzą kluczowe postacie z kręgów postsolidarnościowych i nie tylko. Jego siła polega na sieci kontaktów, roli nieformalnego łącznika, prowadzeniu zakulisowych rozmów i dokonywaniu w ich ramach ustaleń.
Oficjalnie członkami Klubu Ronina nie mogą być czynni politycy, ale jako „goście specjalni” pojawiali się tam w najlepsze. Wielu ważnych ludzi przychodziło do tego miejsca jeszcze zanim objęli wysokie stanowiska. Spotykali się ministrowie, prezesi spółek, historycy, a także dziennikarze i publicyści stanowiący potężne zaplecze propagandowe dla ugrupowania Kaczyńskiego.
Naiwny jest ten, kto sądzi, że odbywały się tam jakieś sensowne rozmowy bystrzaków, którzy opracowali genialny plan, by odsunąć ówcześnie rządzącą ekipę Donalda Tuska od władzy. Przecież każdy kto logicznie myśli, doskonale wie, że środowiska Tuska i Kaczyńskiego niczym istotnym się od siebie nie różną, mają wspólny rodowód i posłusznie wypełniają rozkazy globalistów.
W Polsce władzę sprawuje ten sam byt ideologiczno-polityczny, podzielony pod publiczkę na poszczególne frakcje. Od czasu do czasu wymieniają się one większością parlamentarną, żeby dawać polskim wyborcom złudnie poczucie sprawczości i rzekomych zmian. W ten oto sposób tkwimy nieprzerwanie w tym samym syfie.
Pamiętam, że w tamtym czasie bywalcy posiedzeń Klubu Ronina często prymitywnie obgadywali ekipę Tuska, prezentując serię chamskich i szyderczych opinii na ich temat. Po co to robili, skoro wszyscy oni („PiS, PO – jedno zło!”) służą wspólnej sprawie i funkcjonują z nadania tych samych mocodawców?
Otóż wyglądało to jak wypracowywanie modelu, który miał pójść w Polskę. Chodziło o to, aby w oczach Polaków stworzyć iluzję alternatywy, czyli wybór między dwoma głównymi obozami politycznymi. Żeby nadać temu odpowiednią siłę, należało totalnie podzielić polskie społeczeństwo! Trzeba przyznać – wyszło im to doskonale.
KREOWANIE POCZUCIA WYŻSZOŚCI
Początkowo zaglądałam do Klubu Ronina dość regularnie, a nawet zaczęłam przyprowadzać tam swoich znajomych. Ktoś zapyta, po co w ogóle przychodziłam do takiego miejsca. Ano dla swoistej infiltracji, skoro nadarzyła się okazja.
Z czasem spotkania przybrały formułę otwartą, a nagrania z prowadzonych dyskusji zaczęły trafiać do Internetu, więc zniknęła otoczka „tajemniczości”. Wtedy przestałam tam chadzać. Bez żalu, bo absolutnie nigdy niczego mądrego od tych ludzi nie usłyszałam. Nie twierdzę jednak, że był to dla mnie czas stracony. Obserwując od środka to towarzystwo zrozumiałam coś konkretnego.
Spin doktorzy frakcji Prawa i Sprawiedliwości pogłębili karykaturowanie polskiego patriotyzmu i katolicyzmu, reprezentowanego przez wyborców tejże partii. Duchowni katoliccy wspierający publicznie PiS – a była i jest ich cała masa – udowodnili, że są koniunkturalistami i za nic mają nauczanie Chrystusa oraz chrześcijańskie wartości.
Bywalcy Klubu Ronina wkręcili sobie, że stanowią intelektualne zaplecze Polski. Wyglądało to tak, że na spotkaniach gadali jakieś farmazony, co spotykało się z aplauzem zebranych. Miałam wrażenie, że te znane osoby przychodziły tam po to, by inne znane osoby im przytakiwały, nawet jeśli powiedzą największą bzdurę. Czyli kółko wzajemnej adoracji, poprawiania sobie samopoczucia i łechtania ego.
Podobne zabiegi – w celu schlebiania kakistokracji – stosuje się, tworząc jakieś nagrody. Organizuje się przy tym uroczyste gale, podczas których statuetki trafiają do swoich. Odczytywana jest laudacja pełna pochwał dla laureatów, żeby budować miernotom legendę i przekonywać opinię publiczną, że oto mają do czynienia z kimś wspaniałym i wyjątkowym. Ludzie przeżarci pychą są niezwykle na to łasi.
Jeden z przykładów takiej nagrody to tytuł Człowieka Roku „Gazety Polskiej”. Na przestrzeni lat organizatorzy przyznawali to wyróżnienie czołowym postaciom PiS. Nagroda trafiła m.in. do Jarosława Kaczyńskiego i Mateusza Morawieckiego, a także do Mariusza Kamińskiego, byłego szefa CBA, oraz Tomasza Kaczmarka, znanego jako „Agent Tomek”.
Ten ostatni zasłynął z perfidnego uwodzenia i emocjonalnego manipulowania osobami rozpracowywanymi przez Centralne Biuro Antykorupcyjne (podległe wówczas pod rząd PiS) oraz prowokowania przestępstw i tworzenia fałszywych dowodów.
Przypominam, że środowisko tworzące PiS wykreowano na obrońców tradycyjnych i chrześcijańskich wartości, a miliony Polaków łyknęło ten bajer, co świadczy o fatalnej kondycji intelektualnej, moralnej i duchowej narodu polskiego. Ten tragiczny poziom polskiego społeczeństwa nie wziął się znikąd. Pracują nad tym takie postacie jak Józef Orzeł, dlatego na wstępie określiłam go jako człowieka niebezpiecznego.
Z PIEKŁA RODEM
Orzeł nie jest jedyny i nie był pierwszy. Społeczeństwo zamieszkujące polskie ziemie urabiane jest od setek lat. Przełomowy moment przypadł na połowę XVIII wieku, kiedy w Pierwszej Rzeczypospolitej działalność rozpoczął uważający się za mesjasza Jakub Frank i jego żydowska sekta.
Tysiące wyznawców – z Frankiem na czele – przyjęło katolicyzm, formalnie odrzuciło judaizm talmudyczny, traktując ten krok jako polityczną taktykę i kolejny etap wtajemniczenia w swojej sekcie.
Przyklasnęli temu ówczesny król August III Sas (który objął Franka państwową protekcją, dał mu list żelazny, a nawet został jego ojcem chrzestnym), polskie rody szlacheckie (które dzieliły się swoimi nazwiskami i herbami z nowo ochrzczonymi frankistami) oraz katolickie duchowieństwo, ochoczo udzielające chrztów.
Jak to możliwe, że z aplauzem przyjęli oni żydowskie przechrzty? Czy wynikło to z ich naiwności? A może ten brak rozeznania podstępu Jakuba Franka, to konsekwencja wcześniejszych herezji w jakie popadł Kościół katolicki?
Tymczasem frankiści przyjęli sobie polskobrzmiące nazwiska, wtopili się w polskie społeczeństwo oraz dotarli do szczytów władzy w polityce i kręgach kościelnych, co trwa w najlepsze do teraz.
Żydzi aktywnie praktykujący kabałę i okultyzm podbili katolicką Polskę niezwykle gładko. Właściwie weszli do nas jak w masło. Dla porównania, aby podbić prawosławną Rosję, gdzie nie byli już tak mile widziani, odpalili krwawą rewolucję, wymordowali miliony niewinnych ludzi, w tym cara i jego rodzinę oraz prawosławnych hierarchów.
Jak to możliwe, że w katolickim kraju kabalistom i okultystom poszło tak łatwo, a w prawosławnym musieli skorzystać z finansowego wsparcia Zachodu, ukatrupić cara, narzucić społeczeństwu krwawy terror oraz zgładzić duchowieństwo? Obawiam się, że Polacy nie są jeszcze gotowi na pełną odpowiedź. Niemniej jednak warto być świadomym, że i dla nas rozpisano scenariusz przynoszący pewne straty.
Wracając do antybohatera dzisiejszej publikacji i sekciarskich klimatów zaobserwowanych w jego Klubie Ronina – przewijało się tam coś jeszcze: obsesyjna nienawiść do Rosji i przekonanie o jakiejś niezwykłej roli Polski. Odniosłam wręcz wrażenie, że podopieczni Orła kultywują coś w rodzaju „mesjanizmu”.
Chodzi z grubsza o romantyczną ideę mesjanizmu narodowego, która zakładała, że cierpienie i rozbiory Polski mają głęboki sens religijny: naród polski cierpi za grzechy innych ludów, a jego męczeństwo przyniesie w przyszłości duchowe zmartwychwstanie i wolność całej Europie.
Takie pitolenie dla frajerów, żeby uzasadnić jakoś niecne plany wobec Polski. W rzeczywistości chodziło o to, żeby cynicznie używać Polaków, na przykład namawiając ich do zrywów przeciwko Rosjanom, bo globalni gracze mieli interes w osłabieniu Rosji.
Zgubny „mesjanizm” kultywowany jest do dzisiaj, o czym świadczy chociażby fakt uroczystego obchodzenia rocznic powstań, do których podpuszczano Polaków, a które przecież zakończyły się totalną klęską i narodową katastrofą.
Gloryfikowanie składania Polaków w ofierze odbywa się na różnych płaszczyznach. Wystarczy wspomnieć „beatyfikację” rodziny Ulmów, która poświęciła swoje polskie życie dla ratowania cudzego – żydowskiego (sic!). Najbardziej szokujące jest to, że wśród „wyniesionych na ołtarze” znalazł się także Józef Ulma – głowa rodziny, który jako mąż i ojciec siedmiorga dzieci miał obowiązek w pierwszej kolejności zadbać o bezpieczeństwo swoich najbliższych, ale z pełną świadomością tego nie zrobił.
PODŻEGANIE DO ZABIJANIA!
Przyznaję, że swego czasu i ja na swój sposób nabierałam się na pewne elementy ideologii „mesjanizmu”. Łykałam też ten cały etos o wyższości cywilizacji łacińskiej nad innymi. Wystarczy wspomnieć tytuł jednego z moich reportaży sprzed dekady, opisujący wyprawę z polskimi motocyklistami na Wschód: „Z błogosławioną misją przez Rosję”.
Serio kiedyś myślałam, że jesteśmy jakimś wyjątkowym narodem, wybranym do naprawiania świata. Jednak nie pasowałam w pełni do schematu, gdyż z Rosjanami zawsze szukałam dialogu i nigdy nie wyzywałam ich od najgorszych, za co sekta PiS okrzyknęła mnie „ruską agentką”.
Tymczasem Józef Orzeł zdaje sobie sprawę z tego, że „część «ludu pisowskiego» jest PiS-em zmęczona”. W związku z tym, udzielił wywiadu Interii, w którym obwieścił, że Jarosław Kaczyński powinien już oddać część inicjatywy w organizowaniu rozmów i budowaniu porozumienia całej prawicy. Jednocześnie Orzeł namaścił nowego guru prawicowej sceny.
Z wywiadu opublikowanego 6 sierpnia 2026 roku dowiadujemy się, że szara eminencja polskojęzycznej polityki bardzo pozytywnie patrzy na Karola Nawrockiego i przypisuje mu znacznie większą rolę niż tylko funkcję prezydenta. Orzeł widzi w nim potencjalnie kluczowego patrona i integratora całej prawicy, z Konfederacją włącznie.
Również 6 sierpnia ten sam Nawrocki (nomen omen, jego nazwisko wiąże się z historią nawrócenia/przechrzczenia przodków) w przemówieniu z okazji pierwszej rocznicy zaprzysiężenia na prezydenta wyraźnie dał do zrozumienia, że nie będzie wzywał do podjęcia rozmów pokojowych, by zaprzestać przelewania słowiańskiej krwi za naszą wschodnią granicą.
Mityczny „mesjanizm” Polski w praktyce wygląda więc tak:
„Niech [Ukraińcy] mordują Sowietów [Rosjan], którzy ich napadli, a nas, Polaków, to w ogóle nie boli. W tym zakresie zawsze mogą liczyć na naszą pomoc, bo tam, gdzie się bije Moskala, tam Polska pomaga, nawet jak nie bierze udziału bezpośrednio w tej wojnie. Taki jest strategiczny interes Polski” – powiedział prezydent RP.
Otóż prezydent Polski na pewno nie mówił w imieniu Polaków. Wrogość z Rosją nie ma najmniejszego przełożenia na interes Polski, co każdego dnia odczuwają zwykli Polacy, kiedy tankują auto i opłacają ogromne rachunki za gaz czy prąd. W naszym interesie jest utrzymywać dobre stosunki z sąsiadami, szczególnie silniejszymi, zamiast szukać z nimi konfliktu.
Przypominam po raz enty, że wojna na wschodniej Ukrainie leży w żydowskim (chazarskim) interesie. Rosjanie i Ukraińcy zostali podstępem napuszczeni przeciwko sobie, są wykorzystywani jako goje do wzajemnego wybijania się i oczyszczania terenów pod nowe zasiedlenie (ziem dawnego Kaganatu Chazarskiego).
Następni w kolejce są Polacy (stąd nieustanne podżeganie do konfliktu z Rosjanami, a ostatnio także z Ukraińcami), wszak wiele wskazuje na to, że scenariusz zakłada wielki exodus z Bliskiego Wschodu na ziemie przodków. Żydzi, którzy na terenach okupowanej Palestyny stworzyli sobie „państwo” Izrael, przybyli tam bowiem nie tylko z krajów byłego ZSRR – Ukrainy, Rosji i Białorusi – ale także, a nawet przede wszystkim, z Polski.
Gdyby Polskę reprezentowali chrześcijanie, dokładaliby wszelkich starań, aby nakłaniać Ukraińców i Rosjan do podjęcia rozmów pokojowych i zaprzestania przelewania krwi. Zamiast tego, od początku konfliktu przedstawiciele Polski zagrzewają do walki. Co gorsza, Polska dostarcza Ukrainie broń służącą do zabijania, którą finansują polscy podatnicy.
Równolegle żydowscy zarządcy Polską – podszywający się pod polskich patriotów i udający chrześcijan – w najlepsze kontynuują budowanie mitu wyjątkowości. To przekonanie o swojej wyższości charakteryzuje właśnie członków sekty Orła – listę nazwisk poznacie na Wikipedii pod hasłem „Klub Ronina”.
Tymczasem żydowską mentalność od chrześcijańskiej odróżnić można bardzo łatwo. Chrześcijański duch – który z Polski ulotnił się już dawno temu – brzydzi się zabijaniem oraz pychą i wyniosłością, które tak bardzo charakteryzują polskojęzycznych polityków z każdej frakcji bez wyjątku.
Agnieszka Piwar
Fot. zrzut ekranu YouTube