Uważajcie na fałszywych przyjaciół Rosji!

Inspiracją do napisania niniejszej analizy są moje osobiste doświadczenia oraz obserwacje życia publicznego w Polsce. To trudny dla mnie tekst, gdyż rozprawiam się w nim z własną przeszłością i naiwnością. Wychodzę bowiem z założenia, że skoro wytykam innym jak łatwo dają się rozgrywać i manipulować, to muszę zacząć od siebie.

Moją przygodę z dziennikarstwem rozpoczęłam kilkanaście lat temu. Pełna ideałów przyjechałam z prowincji do Warszawy, gdzie zaczęłam zdobywać pierwsze dziennikarskie szlify na praktykach i stażach w różnych redakcjach. W sposób naturalny lgnęłam do tego, co miało w nazwie przymiotnik „katolickie” i „patriotyczne”. Uważałam bowiem, że od osób publicznie deklarujących przywiązanie do katolickich i patriotycznych wartości, nie może mnie spotkać nic złego. Bardzo się pomyliłam. Minęło jednak wiele lat, zanim zdałam sobie sprawę z tego, że osoby autentycznie wierzące i kochające swoją ojczyznę nigdy nie wykorzystają instrumentalnie religii i patriotyzmu do celów bezpieczniacko-politycznych.

Zanim to odkryłam, musiałam przejść drogę pełną przykrych doświadczeń, które zafundowali mi ludzie deklarujący się jako „pobożni katolicy” i/lub „polscy patrioci”. Nie czas i miejsce, by szczegółowo to teraz opisywać (to materiał na książkę). Dziś opiszę jedynie pewną podstępną grę, w którą przed laty zostałam wciągnięta. Według mojego rozeznania była ona wzorowana na słynnej intrydze uknutej przez samego Feliksa Dzierżyńskiego.

Chodzi o operację „Trust” – największą operację w historii tajnych służb przeprowadzoną w latach 1921-1926. Modus operandi polegał na tym, aby wywabić, skompromitować, skłócić, wyłapać, przejąć i dobić wrogów komunizmu, czyli białą emigrację rosyjską, która – po przegranej wojnie domowej z czerwonymi bolszewikami – w znacznej części rozproszyła się po europejskich państwach.

W 1921 roku w Moskwie grupa carskich urzędników i oficerów założyła tajną organizację o nazwie Monarchistyczna Organizacja Centralnej Rosji (MOCR). Po jej wykryciu przez tajną policję Czeka, kierowaną przez Dzierżyńskiego, zadecydowano, aby jej nie likwidować, lecz przejąć nad nią kontrolę. Stało się to możliwe po zatrzymaniu carskiego oficera Aleksandra Jakuszewa, członka MOCR. W obawie utraty życia zgodził się on na współpracę z tajną policją. To zadecydowało, że cała organizacja MOCR została opanowana przez agentów. Wpływowych członków MOCR zastąpiono ludźmi podstawionymi przez służby. Wymyślono strukturę organizacyjną i sieć nieistniejących placówek terenowych. Tajną organizacją MOCR kierowali czekiści, którzy za pośrednictwem swoich agentów rozpuścili fałszywe informacje, że w ZSRR działa potężna organizacja opozycyjna, która dzięki pomocy z zewnątrz będzie w stanie odzyskać władzę w Rosji. Emigrację rosyjską przekonano, że władza czerwonych jest tymczasowa, a naród rosyjski jest wrogo do niej nastawiony.

Za sprawą perfidnych intryg agentom udało się skłócić i skompromitować najbardziej wpływowych działaczy rosyjskiej emigracji. A tych, którzy powrócili do ojczyzny – bo nabrali się na to, że jest tam prężnie działająca opozycja – czekał jeszcze straszniejszy los. W konsekwencji biali rosyjscy patrioci zostali zneutralizowani przez komunistów. Istny majstersztyk.

Pełna kontrola wszystkiego

Operację opartą na podobnych mechanizmach zaobserwowałam kilka lat temu w Polsce, a nawet nieświadomie wzięłam w tym udział, stąd mam informacje z pierwszej ręki. Jako początkująca dziennikarka w 2009 roku wstąpiłam do Katolickiego Stowarzyszenia Dziennikarzy. W szeregach KSD usłyszałam wiele pięknych słów o tym jak powinniśmy ratować Polskę przed postkomunistami, którzy trzymają w garści nasz kraj. Był to swoisty wabik dla takich jak ja – młodych, naiwnych, antykomunistów, gotowych do poświęceń dla ojczyzny. Kierowana poczuciem misji zaangażowałam się na całego, pracując non profit. Za poświęcenie zostałam doceniona i wybrano mnie na sekretarza Zarządu Głównego KSD oraz przewodniczącą oddziału warszawskiego stowarzyszenia.

Mając konkretną pozycję w KSD zostałam oddelegowana na spotkanie, które organizował pisowski aparatczyk Krzysztof Czabański. Był 2011 rok, władzę w Polsce miała Platforma Obywatelska, która jednocześnie kontrolowała największe media, w tym publiczne. Niezależni dziennikarze, katolicy, patrioci, konserwatyści, etc. – byli przez rządzących gnojeni i spychani na margines. Z kolei Prawo i Sprawiedliwość było w opozycji, mając do dyspozycji niszowe media, w tym raczkujący wówczas portal wPolityce.pl założony przez bliźniaków Karnowskich.

Właśnie na tym portalu – deklarującym się jako patriotyczny – Czabański szumnie zaproponował, by powołać Konferencję Mediów Niezależnych. Argumentował to następująco: «Sądząc z różnych zapowiedzi – ostatnio przewodniczącego KRRiT, Jana Dworaka – szykuje się „czyszczenie rynku medialnego”. Doświadczenie poucza, że władza przy takich okazjach próbuje nałożyć mediom kaganiec. Jako dziennikarze musimy zadbać o wolność słowa, niezależność i swobodę dla przedsięwzięć medialnych. Dlatego proponuję zwołanie Konferencji Mediów Niezależnych, na której – po pierwsze – policzymy się, po drugie – ustalimy wspólne postulaty pod adresem władz państwowych: rządu, prezydenta i parlamentu. Po trzecie – umówimy się, co do działań praktycznych.»

W ten sposób znalazłam się w kawiarni na Mokotowie, obok Czabańskiego (który w czasach PRL działał w PZPR) i jego kumpli. Jednym z nich był wykreowany w III RP na czołowego antykomunistę – publicysta Jerzy Targalski, nomen omen za komuny członek: Związku Młodzieży Socjalistycznej (ZMS), Socjalistycznego Związku Studentów Polskich (SZSP) oraz PZPR. W tamtym momencie przeszłości tych panów nie znałam.

Miałam wrażenie, że byłam tam jedyną obcą dla pozostałych osobą. Tymczasem inicjator wydarzenia szybko mnie sobie upatrzył (pewnie z racji młodego wieku i płci) i zaproponował, bym została kimś w rodzaju sekretarki przedsięwzięcia. Intuicyjnie czułam, że nie jest to towarzystwo dla mnie, jednak przed stanowczą odmową i opuszczeniem tego grona – które de facto zachowywało się wobec mnie uprzejmie – powstrzymywała mnie obawa, że wyjdę na osobę niekulturalną. Nie chciałam też zawieść KSD, które oddelegowało mnie na to spotkanie. Tak więc na propozycję Czabańskiego, która padła dla mnie z zaskoczenia, zgodziłam się… z grzeczności.

W efekcie, pracując na zasadzie wolontariatu, stworzyłam ogromną bazę mailową i założyłam biuro prasowe Konferencji Mediów Niezależnych, z którego nawiązywałam kontakty i rozsyłałam w Polskę komunikaty zachęcające do przyłączenia. Równocześnie grzano temat medialnie na portalach typu wPolityce.pl i jemu podobnych. W ten sposób do Domu Dziennikarza w Warszawie zostały zwabione tłumy dziennikarzy, blogerów, wydawców lokalnych gazetek i niszowych portali. Przybyli w całego kraju, a łączyło ich głównie to, że rządzący z Platformy nimi pogardzali.

Tymczasem pisowcy – którzy de facto wywodzą się z tego samego obozu co politycy PO, więc wszyscy grają do jednej bramki – dostali na tacy realnych ludzi i bezcenne informacje, kto gdzie w Polsce próbuje robić coś niezależnego na odcinku medialnym. I ja się do tego przyczyniłam.

Wydarzenie okazało się wielkim sukcesem i podczas inauguracyjnego spotkania powołano Federację Mediów Niezależnych. Zbiegło się to w czasie, kiedy w pobliskich Arkadach Kubickiego odbywał się pisowski kongres Polska Wielki Projekt. Inicjatywa Czabańskiego dostała tam swój panel, któremu przysłuchiwał się sam Jarosław Kaczyński.

Chwilę wcześniej, w trakcie obrad w Domu Dziennikarza przy Foksal, wybrano prezydium FMN, którego Czabański został przewodniczącym, a ja – z racji mojej pracowitości i skuteczności – znalazłam się w jego ścisłym gronie. Zebranym towarzyszyła euforia z powodu sukcesu organizacyjnego konferencji i na tej fali zaczęto snuć plany na przyszłość oraz ustalać zadania na najbliższe miesiące. Zaproponowano mi, abym współorganizowała niezależny festiwal filmowy, co wydało mi się pożyteczne i dlatego się zgodziłam.

Wykorzystać, wycisnąć, przejąć

Dość szybko – kwestia następnych dni – opuściłam jednak prezydium Federacji Mediów Niezależnych. Powód odejścia, którego nie ukrywałam przed pozostałymi, był taki, że FMN coraz jawniej robiło umizgi w stronę PiS. Powiedziałam, że przecież z założenia miało to być coś niezależnego, a tymczasem wyszło na to, że jest to upolitycznione i dlatego nie chcę brać w tym udziału.

I znowu, nie chcąc wychodzić na osobę niekulturalną, oświadczyłam jednocześnie, że skoro zobowiązałam się wcześniej do współorganizowania festiwalu, to się z tego wywiążę. Tak więc w kolejnych miesiącach, jako przedstawicielka KSD, znowu non profit pracowałam na pełnych obrotach, by przygotować filmową imprezę (firmowaną de facto przez FMN), która odbyła się w Ełku na Mazurach.

Idea festiwalu była piękna – z założenia miał on dać szansę na wypromowanie zdolnym artystom i twórcom, którymi mainstream gardzi. Pierwsza edycja festiwalu okazała się sporym sukcesem, jak na skromne możliwości, którymi dysponowaliśmy. Grand Prix zdobył film „Pani Weronika i jej chłopcy”, w reżyserii Artura Pilarczyka. Poruszający dokument opowiada historię wyjątkowej kobiety i wielkiej patriotki. Gdy Polska była okupywana przez Sowietów i Niemców Weronika „Różyczka” Sebastianowicz była żołnierzem Armii Krajowej – oficjalnie została zaprzysiężona w wieku 13 lat. W 1951 roku została aresztowana i skazana na 25 lat pozbawienia wolności i pracę w łagrze w Workucie, wyrok skrócono do 10 lat. Próbowała powrócić do kraju, ale odmówiono jej prawa do wjazdu na teren Polski. Pani Weronika aktywnie działa w organizacjach polskich, m.in. w Stowarzyszeniu Żołnierzy AK na Białorusi, którego została prezesem.

Byłam niezwykle szczęśliwa, że współorganizując i prowadząc taki festiwal, mogłam przyczynić się do tego, że więcej osób poznało historię tej kobiety. Szybko zapadła decyzja, że w następnym roku powtarzamy imprezę. Ogłosiliśmy w mediach, żeby twórcy wysyłali swoje filmy na kolejny festiwal w Ełku. Wkrótce po tym napisał do mnie Piotr Uzarowicz, Amerykanin polskiego pochodzenia mieszkający w Los Angeles. W dorosłym życiu, po śmierci swojego ojca dowiedział się on, że jego dziadek zginął w Katyniu. Postanowił zagłębić historię, która wywarła wpływ na losy jego rodziny. W efekcie poszukiwań zrealizował film dokumentalny o odkrywaniu prawdy na temat zbrodni katyńskiej pt. „Żona oficera”. Uzarowicz wysłał mi ten film, żebym pokazała go na festiwalu w Ełku. Był to dla mnie powód do ogromnej dumy i radości.

Dzieło Uzarowicza okazało się być tak doskonałe, że w Ełku zdeklasowało konkurencję. Niestety już nie mogłam zapowiedzieć ze sceny pokazu tego wspaniałego filmu, gdyż dzień przed festiwalem zostałam z niego wyeliminowana.

W trakcie ćwiczenia konferansjerki, jedna z osób decyzyjnych ełckiej imprezy powiedziała mi, że podczas otwarcia festiwalu mam uroczyście przywitać Tomasza Sakiewicza i zaprosić go na scenę. Tego samego Sakiewicza, który zniszczył arcybiskupa Stanisława Wielgusa oraz jest zagorzałym banderowcem i tym samym wrogiem Polaków. Sakiewicz nie kiwnął palcem przy organizacji filmowej imprezy, ale kiedy festiwal okazał się sukcesem, to postanowił go przejąć. A żeby przejąć coś, co współorganizowałam, to trzeba było się mnie pozbyć. Oczywistym było, że ktoś taki jak ja nigdy się nie zgodzi na to, aby zaprosić na scenę kogoś takiego jak on. Dlatego przyparto mnie do muru, by wymusić decyzję o odejściu z festiwalu. Co znamienne – z festiwalu, który miał wspaniały potencjał, pozostały zgliszcza.

Gdybym wtedy zacisnęła zęby, dała sobie złamać kręgosłup moralny i powitała zdrajcę Sakiewicza, dziś zapewne miałabym intratną fuchę w rządzie lub państwowych mediach. Nie żałuję. Tymczasem pewien chłoptaś, który wtedy zajął moje miejsce na festiwalu i poprowadził imprezę ze sceny, obecnie piastuje funkcję w randze ministra. Z tamtych czasów zapamiętałam go jako miernotę, która nie potrafiła poprawnie się wysłowić i wślizgiwała się tam, gdzie inni mieli jakieś pomysły i coś tworzyli. Oto jakie osoby przejęły Polskę.

Wyżej opisane przeze mnie mechanizmy, to tylko fragment tego, czego doświadczyłam i co zaobserwowałam na przestrzeni kilkunastu lat mojej działalności społecznej i aktywności dziennikarskiej. Tym operacjom wzorowanym na „Trust” nie ma końca i odbywają się one na wielu odcinkach, pod różnymi płaszczykami. Ale modus operandi jest na ogół podobny. Ktoś gdzieś afiszuje się z pewnymi poglądami i/lub ogłasza jakąś z pozoru szlachetną inicjatywę, która przyciąga osoby o konkretnych przekonaniach. I te osoby często reagują jak ćmy lecące do rozżarzonej żarówki.

Dotyczy to także tych nieszczęśników, którzy zrażeni demoliberalnym Zachodem pokładają nadzieję we współczesnej Rosji, którą mylnie postrzegają jako ostoję konserwatyzmu. Oni nie rozumieją (i ja też do pewnego momentu nie byłam tego świadoma), że od czasów rewolucji bolszewickiej i uruchomienia operacji „Trust”, to wszystko jest kontynuowane na szeroką skalę i dotyka nie tylko Rosji, ale także naszego państwa, gdzie tzw. prorosyjskie środowiska również są koncesjonowane.

Dać złudne poczucie wyboru

Na blogu „Dziennik gajowego Maruchy” został niedawno przedrukowany mój artykuł pt. „Tanie show Trybunału w Hadze ścigającego Putina”. Zaintrygował mnie zamieszczony pod tekstem komentarz Czytelnika podpisującego się jako Voodoosch.

Napisał on: «Nie cieszyłbym się na rosyjsko-chińskie NWO. Tak jak nie cieszyłbym się na anglosaskie NWO. Wydaje mi się, że gubimy „większy obraz”, bo jest naprawdę ogromny. Powiedziałbym że globalny. Rok temu zrodził się nowy pomysł (a raczej został wprowadzony). Tak jak w większości „rozwiniętych” krajów istnieją dwie partie polityczne, które niby się spierają i niby walczą że sobą, to wtedy kiedy idzie rozkaz z góry, są spójne. Przykład srowid. Ten niby podział na liberalny zachód i tradycyjny wschód to tylko i wyłącznie teatr wielkiego resetu/globalnego NWO/ i ogólnie wspólnie działających elit. Otwórzcie oczy i zobaczcie, że to jest wciąż ta sama gra tylko na nieco wyższych obrotach. Chiny, Rosja, Stany, UK i ich poplecznicy grają w tą samą, jedną grę, a wy myślicie, że tu się jakiś podział prawdziwy zrobił i Putin z Ksi wygra i będzie pięknie na wschodzie. Za dwa lata będą sobie łapki podawać Jankesy z Ruskimi i dalej robić z nas niewolników. KAŻDY RZĄD JEST TWOIM OPRAWCĄ. Obudź się gajówkowiczu!»

Z kolei na portalu nacjonalista.pl opublikowano niedawno przedruk wywiadu z abp. Viganò pt. „Globalistyczna elita chce zniszczyć narody i Kościół”. Wstęp do tego wywiadu redakcja opatrzyła wymownym komentarzem: «Arcybiskup Carlo Maria Viganò ma rację broniąc Tradycji Katolickiej oraz występując przeciwko modernizmowi i globalizmowi. Za to zasługuje na nasz szacunek. Jednak również on, podobnie jak wielu ludzi na Zachodzie, padł ofiarą złudzeń na temat putinowskiej Federacji Rosyjskiej, dostrzegając w niej jakiś bastion oporu przeciwko Nowemu Porządkowi Świata. Przypomnijmy, że restrykcje covidowe i całe to szaleństwo obecne były również w kraju „zbawcy”. To tam wciąż stoją, a nawet powstają nowe, pomniki Lenina, Stalina czy Dzierżyńskiego, a więc katów wielu narodów (także milionów Rosjan) i satanistycznych wrogów wyznawców Chrystusa. Czy to ma być nadzieja dla niszczonych przez liberalizm Europy i Ameryki? W naszej opinii nie i będziemy o tym konsekwentnie przypominać.»

Kilka miesięcy temu napisałam artykuł pt. „100 lat temu powstał ZSRS – wróg Rosji”. W publikacji ujęłam się za pomordowanymi Rosjanami i wykazałam, że Rosja poniosła największe straty w wyniku rewolucji bolszewickiej zainicjowanej i odpalonej przez Żydów. W efekcie, w polskojęzycznym internecie spadła na mnie lawina hejtu i szyderstw w wykonaniu rzekomych przyjaciół Rosji. Do nagonki przyłączyły się też niektóre sowieckie osoby, legitymujące się rosyjskim paszportem. Jednak gniew mieszkańców byłego Związku Sowieckiego (lub jak kto woli Związku Radzieckiego) jestem w stanie zrozumieć, gdyż zostali oni wychowani w sowieckim kulcie i nie potrafią wydostać się z tej bańki.

Bardziej martwi mnie środowisko fałszywych przyjaciół Rosjan działające w Polsce. Ich złe intencje można poznać po różnych czynnikach. Niektórzy z nich czczą Lenina i oddają pokłon rewolucji bolszewickiej. De facto cieszą się więc z tego, że zniszczono carską Rosją – która była chrześcijańskim krajem z pobożnym ludem – i wymordowano miliony jej niewinnych obywateli. Inni fałszywi przyjaciele Rosjan, zbrodnie Lenina komentują w stylu: „ale po co do tego wracać, przecież Lenina już dawno nie ma”.

Fałszywi przyjaciele Rosjan doceniają Stalina i podkreślają jego siłę – no bo przecież pokonał Hitlera, zbudował potęgę Związku Radzieckiego i tym samym przeciwwagę dla Zachodu, zaś Polakom załatwił w Jałcie ziemie odzyskanie, czyli w sumie był spoko. A że przy okazji zafundował Rosjanom terror, strach i łagry, a Ukraińcom wielki głód, no to cóż, taki był wtedy klimat.

Fałszywi przyjaciele Rosjan opowiadają, jaka to putinowska Rosja jest konserwatywna, bo walczy z ideologią gender i blokuje zboczeńców LGBT. Jednak słowem się nie wspominają, że rosyjski naród od pokoleń wyniszcza plaga aborcji, skutecznie hamująca demografię w tym kraju. I to ma być konserwatyzm? Tymczasem odpowiedzialni za zabijanie rosyjskich dzieci w łonach matek, są wrogami Rosjan i należy głośno o tym mówić.

Fałszywi przyjaciele Rosjan zbywają milczeniem fakt, że władze tego kraju gnębiły swoich obywateli podobnymi restrykcjami jakie zafundowano na Zachodzie podczas fałszywej pandemii. Ci sami obłudnicy cieszą się teraz z faktu, że Rosja dogaduje się z Chinami – państwem, które w gnębieniu swoich obywateli covidowymi restrykcjami jest jeszcze okrutniejsze od wszystkich pozostałych.

Jeden z czołowych w Polsce fałszywych przyjaciół Rosjan (wykreowany w mediach na prawdziwego przyjaciela Rosjan), kreujący się także na przyjaciela Chin, w czasach apogeum pandemicznego szaleństwa odbył ze mną prywatną rozmowę, która wiele mi uświadomiła. Kiedy zeszło na temat covidowych obostrzeń wprowadzonych na całym świecie, powiedział mi ze stoickim spokojem: „To już z nami zostanie na lata i będziemy musieli do tego przywyknąć”. Nie było w nim ani krzty buntu. Natychmiast zrozumiałam, że mam do czynienia z niewolnikiem.

Komunistyczna operacja „Trust” była wymierzona przede wszystkim przeciwko Rosjanom. Dlatego mam podstawy przypuszczać, że zainstalowanie w Polsce fałszywych przyjaciół Rosjan (popierających lub umniejszających zbrodnie komunizmu), to niejako kontynuacja perfidnej intrygi Dzierżyńskiego. Tymczasem naiwni Polacy nie są tego świadomi, bo jawnych wrogów Rosjan widzą jedynie w obozie władzy i opozycji (oraz mediach im usłużnych), którzy nie kryją się ze swoją nienawiścią do Rosji.

Jak się w tym połapać i rozpoznać fałszywych przyjaciół Rosjan? Wystarczy być świadomym, że ten kto naprawdę życzy Rosjanom dobrze, pragnie aby zrozumieli oni, że Sowiecja to wróg Rosji. Ratunkiem dla Rosjan jest odzyskanie ich własnej tożsamości, która tkwi w chrześcijańskich korzeniach Świętej Rusi. Kiedy to nastąpi, także Polska będzie bezpieczniejsza.

Niedawno na Facebooku zamieściłam link do wstrząsającego rosyjskiego filmu „Czekista” (1992 r.) w reż. Aleksandra Rogożkina. Do opisu dołączyłam ostrzeżenie, by uważać na fałszywych przyjaciół Rosji. Tym wpisem wywołałam dyskusję w komentarzach.

Łukasz De napisał: «Bardzo dobry film. Odzierający prawdę z bredni. Rewolucja to zainicjowane, zaplanowane i sfinansowane i kierowane przez żydów zniszczenie Rosji rękami na początku ich, a potem innych narodowości. Powodami zniszczenia było to, że Rosja była państwem na wskroś chrześcijańskim, opartym o wiarę w Chrystusa, o cześć dla Jego Matki. Była monarchią rządzoną przez chrześcijańskiego cesarza. Była rosnącą konkurencją gospodarczą zarówno dla nowego żydowskiego golema – USA, jak i dla „firm prywatnych”. Była pełna bogactwa gromadzonego w spokoju przez kilkaset lat, które trzeba było zrabować, zwłaszcza w kilkunastu tysiącach cerkwi i klasztorach. Była też pełna ludzi poczciwych, przyzwoitych, zwyczajnie dobrych oraz dawała możliwość wzrostu świętym. Trzeba to było jednocześnie zniszczyć, zagarnąć oraz skalać. Tak jak to ma miejsce w przypadku zbrodni zgwałcenia. Wracając w tym miejscu do filmu „Czekista”, pod tym właśnie kątem patrzę na wątek głównego bohatera, który bierze czynny udział w rewolucji i tym gwałcie na Rosji i jednocześnie będąc żonaty pozostawia swoją żonę dziewicą.»

Autor powyższego wpisu należy do prawdziwych przyjaciół Rosjan. Właśnie po takich komentarzach można ich odróżnić od tych fałszywych.

Na Wschodzie byłam wiele razy i spotkałam tam szlachetnych ludzi, którzy mimo strasznych doświadczeń potrafili zachować człowieczeństwo. Uważam, że naród rosyjski jest naturalnym sojusznikiem dla Polaków, którym duchowo bliżej jest do Wschodu, niż – jak się nam wmawia – Zachodu. Niestety naród polski od setek lat daje się głupio rozgrywać przeciwko Rosjanom. To nasz wielki błąd i tragedia, że ulegamy podżegaczom.

Tak, jestem zdecydowanie zdania, że Rosja może być alternatywą dla zgniłego Zachodu. Ale Rosja prawdziwa, która wróci do swoich korzeni, a nie postowiecki twór, którego przedstawiciele bywali w Davos na tych samych zasadach co pozostali pupile globalistów.

Wybór jest. Ale nie taki jakim globalni gracze karmią naiwnych ludzi. Amerykanów wyborem między demokratami i republikanami. Polaków wyborem między PO i PiS (z przystawkami). Nas wszystkich wyborem między NWO Atlantystów z Zachodu i NWO Rosja-Chiny ze Wschodu.

W naszym przypadku – a więc słowiańskich narodów sprowadzonych przez globalistów do roli pariasów Europy – tym wyborem może być jedynie zwrócenie się do Boga oraz powrót do chrześcijaństwa.

Agnieszka Piwar

Pierwodruk: www.bibula.com

Podobne wpisy

2 komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *